Tagi

„Fajerwerki szachady już dawno ucichły. Zostałam sama, z nową tożsamością, którą sama zdecydowałam się przybrać. Co dalej? Niezręczność nowego „ja” daje się we znaki. Czuję się niedopasowana do otaczającego mnie świata, więc szukam odpowiedzi na dręczące mnie pytania w książkach o Islamie. Zrozpaczona odkrywam, że narracje o wydarzeniach z życia Proroka i jego towarzyszy nie zawierają w sobie przepisu na życie muzułmanki w XXI wieku. Jestem rozdarta pomiędzy dwoma tożsamościami, jedną czysto muzułmańską, oderwaną od rzeczywistości, istniejącą jedynie w kontekście meczetowych znajomości, oraz drugą, naturalną tożsamością zwykłej polki urodzonej w postkomunistycznych czasach. Wszystkie wysiłki zmiany którejkolwiek z nich kończą się fiaskiem. Egzystuję tak przez jakiś czas, nie mogąc pogodzić jednego z drugim. Nie chcę udawać, że jestem kimś innym i nie chcę też odchodzić od religii. Książki i muzułmańscy kaznodzieje zdają się na ten temat milczeć. Pomiędzy „MashAllah Siostro!”, pytaniami o powody mojej konwersji oraz o to, skąd pochodzi mój mąż, niewiele mogę się też dowiedzieć od nowo poznanych muzułmanów.

Przychodzi czas, że ten kryzys osobowości staje się zbyt nieznośny, by dalej go ignorować. Mam wrażenie, że zmuszając się do bezmyślnego praktykowania elementów wiary coraz bardziej oddalam się od Boga. Jeśli nie dla Niego to na co mi to wszystko? W modlitwach coraz więcej się skarżę, coraz więcej ględzę o problemach, pytam z wyrzutem dlaczego już nie jest między nami tak jak było zaraz po szachadzie. Odpowiedzi nie uzyskuję żadnej.

Zapomniałam o tym, czego nauczyłam się od sufich, a mianowicie że modlitwa nie jest pięknym monologiem i trzeba czasem cierpliwie pomilczeć by Pan Bóg miał okazję dojść do głosu. Nie jest to przejmujący głos z nieba, ale prawda, która kryje się wewnątrz człowieka. Pan Bóg jest podobno wszędzie, ale próbując do niego dotrzeć trzeba najpierw znaleźć go we własnym sercu. Islam oznacza poddanie się Bogu, ale by dać się mu prowadzić trzeba najpierw go znaleźć i mu zaufać. I chyba tu właśnie leżał mój błąd, próbowałam sama robić z siebie muzułmankę poprzez naśladowanie innych, podążając za własnym wyobrażeniem tego, kim powinnam być, pomijając to, co tak oczywiste: że Pan Bóg przemawia do każdego z nas z osobiście i bezpośrednio i że to on prowadzi nas do siebie, a nie na odwrót.
Kryzys tożsamości osłabł, choć nie odszedł. Jako polska muzułmanka, zaczynam trochę lepiej rozumieć siebie i otaczający mnie świat. W ciągu ostatnich kilku lat wcale nie narodziłam się na nowo, nie stałam się kimś innym, nie wyrzekłam się własnej przeszłości i korzeni. Wręcz przeciwnie, pogodziłam się z tym, kim jestem, zaakceptowałam los, jaki został mi dany. Jeśli czegokolwiek żałuje lub coś potępiam, to dlatego, że dany czyn budzi we mnie wewnętrzny sprzeciw, nie godzi się z moją definicją dobra, nie uważam go za pożyteczny dla siebie i innych. Nie wynika to z książkowego podziału na halal i haram ani z fatw uczonych popartymi wiekowymi hadisami. Islam jako religia jest teraz dla mnie narzędziem służącym wewnętrzej edukacji ducha, czymś co umacnia sumienie, nie zaś narzuconym kodeksem prawnym, któremu bezmyślnie podporządkowuję swe życie. Nie chcę by religia była maską, która zakrywa to, kim jestem i byłam przez całe swoje życie, a bycie muzułmanką rolą, którą gram przed innymi. Cokolwiek by się ze mną w życiu nie działo, chcę żeby żeby Islam przemawiał w moich codziennych czynach i wyborach, a nie w banalnych arabskich zwrotach i sloganach o jedynej słusznej religii.
Chcę po prostu by Islam był wewnętrznym głosem podpowiadającym mi, jak być lepszym człowiekiem.”